Przejdź do treści
Strona główna » Blog » Twój ruch…

Twój ruch…

Muszę się do czegoś przyznać: nie lubiłam wf-u. Nienawidziłam wręcz! Zresztą jak wiele moich koleżanek. Nie byłam rączą łanią, nosiłam okulary, które zdecydowanie przeszkadzały na sali gimnastycznej. Wydawało mi się, że przypadkowe ćwiczenia i zadania są pozbawione sensu – co mi przyjdzie ze skakania przez kozła albo rzucenia piłką lekarską? Nie planowałam być akrobatką, więc nie rozumiałam po co mam się uczyć układów gimnastycznych.

Chyba jednak coś lubię robić…

Uwielbiałam za to spacery – mogłam godzinami chodzić z moim ojcem po warszawskich parkach. Szliśmy z ulicy Widok do parku za Muzeum Narodowym, mijaliśmy Górnośląską i dalej do Łazienek. A potem z powrotem do domu. A potem odkryłam callanetics. A potem powiła się joga. Sławomir Bubicz prowadził zajęcia w sali gimnastycznej w Zamoju (liceum im. Jana Zamojskiego w Warszawie). To było to! A potem był qi-gong…

Bez litości, bez czułości

Co musiało się wydarzyć, że sama, z własnej woli zaczęłam ćwiczyć? I nie! Nie zmieniłam się w rączą łanię! Z perspektywy czasu myślę, że bałam się oceniania i wyśmiania. Bo nauczyciele wf-u rodem z PRL-u byli bezlitośni. Nie wiedzieli, czym jest empatia. Ważne były wyniki. Wyśmiewali każde potknięcie, ekstra kilogram. Jedno ostre jak strzała słowo, szyderczy komentarz i już cała żeńska część klasy śmieje się, bo nie udało się przeskoczyć przez kozła, albo przewrót w przód nie był idealny. Bo nie tylko ja, ale również moje koleżanki były ośmieszane. Bo wstydziłyśmy się własnego ciała, że jest nie takie jak powinno: za duże, za małe, za krótkie, za długie, zawsze inne niż potrzeba…Nie lubiłam robić bezsensownych rzeczy – patrz: piłka lekarska. Nie miałam w sobie potrzeby rywalizacji. Zajęcia nie były dostosowane do moich umiejętności, które oscylowały w dolnych rejestrach.

Tu zaszła zmiana…

Polubiłam ruch, choć nadal nie byłam i nie jestem rączą łanią.  Ale tylko taki, który sobie sama mogę wybrać i który do mnie pasuje. Czyli taki, kiedy czuję, że robię coś dobrego dla siebie – na przykład rozciągam się, ale nie jestem zziajana jak przysłowiowy koń po westernie. Poznałam lepiej siebie, swoje ciało i jego potrzeby. Nie forsuję się, robię tyle, ile mogę – zarówno na sali, z innymi dziewczynami, jak i w domu. I nie mam z tym problemu. Wybieram takie instruktorki, które indywidualnie podchodzą do każdej ćwiczącej, które chwalą, które dostrzegają każdy, najmniejszy postęp i dopingują. Prawdą jest także to, że zmieniły się czasy. To Ty płacisz i wymagasz: kultury, miłej atmosfery, akceptacji – ludzkich standardów. Zmieniło się także podejście do ciała. Nie musi być idealne, ważne, by je zaakceptować i pokochać takim, jakie jest. Nie złościć się na nie. Nie walczyć z nim – jest nam wierne w każdej minucie życia i dużo potrafi znieść… Dlatego warto się o nie troszczyć z czułością. 

Wybieram łagodność

Mając takie doświadczenia z ciałem i ćwiczeniami, jakie miałam, chcę w dorosłym życiu pracować z łagodnymi i czułymi trenerami, którzy nie oceniają jak wyglądam i co potrafię! Dlatego planując warsztaty z jogą na Krecie, do współpracy zaprosiłam Ewę Białą ze szkoły Joga Biała. Ewa, już będąc nastolatką, zainteresowała się jogą, a kilkanaście lat póżniej została dyplomowaną nauczycielką. Nie ważne, na jakim etapie jesteś, czy jesteś zaawansowana, czy dopiero zaczynasz, Ewa poświęci Ci tyle czasu, ile potrzebujesz, dostosuje zajęcia do Twojego poziomu. Będziesz robić tyle, ile czujesz, że chcesz i możesz. To nie wf w PRL-owskiej szkole:) Obiecuję!